„Alba” znaczy białe. Polski bigos na środku rzeki.

Trzeci dzień w Rumunii.

Suszenie namiotów w pierwszych promieniach słońca. Ja idę do pana od piły i nawet już nie próbując mówić w zrozumiałym języku mówię pytam czy chcą połówką arbuza bo my napoczętego nie zabierzemy w dalszą drogę.  Wyrywa mi go i odpowiada mi dźwięcznym „Multumecsc”. Skąd on wiedział, że chce mu dać kilkanaście kilo arbuza nie mam pojęcia. Problem z głowy.

Chcemy po drodze odszukać początek szlaku do Jaskini. Podobno jakaś oszałamiająco spektakularna wierząc przewodnikowi. Ale oczywiście nie idzie zgadnąć gdzie ten początek mógł być. Trudno. Tyle z oglądania jaskini.

Niezliczona ilość zakrętów, serpentynami zjeżdżamy najogólniej mówiąc w dół. Widoki zza koron drzew oszałamiające potęgą przestrzeni i wysokości wzniesień. Opuszczamy Park Narodowy Apuseni.

Przystanek przy drodze. Kilka domów w pobliżu, wysuszone na popiół, dzikie pola dookoła. Góry już gdzieś za nami. Wypada się przebrać, zjechaliśmy na niższe tereny więc znowu słońce daje wszystkim w palnik. Zostawiam na sobie możliwie najmniej ubrań. Z dala biegną małe dzieci. To wróży same kłopoty. Więc szybkie zapakowanie z powrotem do samochodów. Dzieci umorusane na twarzach, brudne od stóp do głów, boso… jednak nie wyglądają na nieszczęśliwe. Pieniędzy nie dajemy. Pewnie liczą na coś słodkiego.

Na Rumunii susza. Rzeki wysychają. W wyższych górach jej skutki nieodczuwalne, jednak tu na nizinach… uff jak gorąco. Wieszam w oknie swoistą turystyczne firankę – przycinam jak zwykle ręcznik w oknie. Dłubie pistacje w zamyśleniu. Zdążyłam wyłuskać dobre kilkaset gram i nagle: „Wysiadamy! Jest źródło!” Zaiste zbawienna informacja. Wysypuje sporą garść łupin na czerwoną, kamienną „drogę”. Aż wzniósł się mały tuman czerwoniastego pyłu. Wiecie jak miło umyć twarz z kurzu? Wszyscy okupują źródło tryskające ze skalnej skarpy. Wreszcie uzupełnimy wodę w bańki. Przynajmniej będzie na czym gotować przez najbliższe dwa dni. A zapasy wody już prawie się skończyły.

Dołki już mnie nie wzruszają, zmęczenie wygrywa. Zasypiam nawet jak niemiłosiernie trzęsie na ciągłych wertepach. Pobudka! Przystanek na obiadek. Chcemy zjechać do rzeki. I niespodzianka. Miejscowi piorą przy rzece na tarkach. Dokładnie tak jak nasze prababki. Może jednak zjedziemy do wody kilka kilometrów dalej.

Jak już jest niewyschnięta do końca rzeka a na niej wystająca kamienista łacha to nasuwa jedna myśl. Obiad na środku rzeki. Jak to?? zapytacie. Przypominam, że sama była pod wrażeniem możliwości samochodów. Mało co jest ich w stanie zatrzymać. Odgrzewamy coś na kuchenkach gazowych. Nie byle co. Bigos z Polski! Smacznego.

Okazuje się, że jesteśmy obok ciekawego miasta. Alba Julia. Parkujemy w centrum.
„Alba” znaczy „białe” – nazwa pochodzi z czasów, gdy w IX wieku istniała tu osada nazywająca się  Bălgrad („Biała Cytadela ” lub też „Białe miasto”). Zatem i my zaczynamy zwiedzanie od cytadeli. Bowiem znaczna większość  zabytków skupia się w obrębie jej murów. Zaciekawiło mnie, że projektantem cytadeli był włoski architekt Giovanni Morando Viteazul. Stąd ten gwiaździsty kształt cytadeli (patrząc na rzut z lotu ptaka). Mury grubości trzech metrów. Robi wrażenie. Z murów rozciąga się rozległy, i nie powiem, że piękny a specyficzny krajobraz. W Polsce nie zobaczycie takiego. Suche wzgórza. Najprościej mówiąc.
Do cytadeli wkroczyliśmy uprzednio od zachodu. I tu przygniata ogromem wieża-wejście do Soboru Zjednoczenia. Z czym mnie osobiście się kojarzyło się to miasto? (za dużo o nim nie wiedziałam, a byłam ze 3 razy) Otóż zawsze kojarzyłam je z faktem, że tutaj Zgromadzenie Narodowe uroczyście uchwaliło zjednoczenie Siedmiogrodu ze starym królestwem. Oświeciło mnie. Przecież to ten sobór przed którym stoję, został wzniesiony po I wojnie światowej dla uczczenia ponownego przyłączenia Siedmiogrodu! Nie ma co dyskutować, stanęli na wysokości zadania z tym upamiętnianiem historii. Po sąsiedzku z soborem, stoi surowa, kamienista, romańska, katolicka katedra św. Michała. Jakiż kontrast – pomalowany na żółto sobór kontra surowa, szara katedra. A jakby komuś mało było zabytków to na prawo od katedry XVII pałac biskupi (zamknięty do zwiedzania)  a za nim pałac książęcy. Rzekłabym: klasyka. Dość, dość zabytków. Fajną atrakcją są mosiężne odlewy ludzi z minionych epok. Dama z parasolem w suki na kole. Dostojny Pan w pończoszkach i… rycerz. Co by śmiesznie było a turyści mieli ubaw. Ogółem to dość pusto jakoś w okolicy. Chyba jesteśmy jedynymi nazwijmy po imieniu „turystami”.  Ooo! Jest restauracja z ogródkiem. W cieniu. Upał nie odpuszcza. „One frappe, please”.
Uciekamy od miasta. Wypadałoby prze zmierzchem dojechać w bardziej odludne tereny, może uda się dotrzeć w góry?
Droga urocza nie powiem ale biwak w okolicy? To raczej zostaje na drzewie przywiązać się i dać sobie spokój, albo od razu położyć na środku drogi. Za stromo w okolicy. Ale za to drewna suchego na ognisko jak znalazł! Korzystamy. Pakujemy na dach suche kłody. Mmm, wieczorem będą kiełbaski! A raczej ja mam taką cichą nadzieję.
Krążymy i krążymy a tu ani rzek ani odpowiedniego miejsca na nocleg. Słońce chyli się ku zachodowi. Pojawiają się pierwsze desperackie myśli – a może dajmy sobie spokój z szukaniem miejsca i znajdźmy pole namiotowe, pokoje do wynajęcia? Mijaliśmy chyba w jakiejś wiosce ogłoszenie noclegów. Nie. Zdecydowanie zły pomysł. Spać w łóżku to ja sobie mogę w domu. Jedziemy dalej. Jedna osoba rzuca patrzcie na te górskie połoniny nad doliną. Fajne miejsce na nocleg. Oczywiście to jest nieosiągalne tam dojechać nawet ale trzymają nas się co raz bardziej irracjonalne żarty na temat dzisiejszego noclegu. A słońce zachodzi. My nie wiemy oczywiście gdzie jesteśmy. GPS coś tam buczy ale szczerze? Co Ci po GPS w Rumunii?  Przydatne, aczkolwiek wolimy polegać na własnym zmyśle nawigacji. Długo jeszcze do noclegu? Jakoś tak mnie smak naszedł na te kiełbaski z ogniska.


Męska decyzja. Jedziemy serpentynami ostro w górę. Kilkaset metrów wzwyż. Wspomniane połoniny widzimy już nie z dna doliny a z wysokości naszych oczu. Jedziemy już poza ponad piętrem lasu. I nagle zza kolejnego pagórka wyłania się morze czerwonych dachów. Jesteśmy w szoku. Miasto wysoko w górach? I to taaaakie miasto? Jest nazwa miejscowości- Jina. Domki raczej niskie, jednorodzinne. Jak na Rumunię na pierwszy rzut widać, że biedne miasteczko to nie jest. Pewnie utrzymują się z pasterstwa i rolnictwa. Ale przecież nie miasto nas interesuje. Skręcamy gdzieś w boczną drogę która wyprowadza nas na połoniny. Mieszkańcy spędzają krowy z pastwisk na noc. Polna droga się kończy, jedziemy kawałek dalej. Wspominałam już, że każdy nocleg okazywał się z dnia na dzień ciekawszy. Śpimy w górach – połonina jest dzisiejszej nocy nasza!

TYSIĄC GWIAZDKOWY HOTEL


Grill już pali. Siedzimy w kręgu na karimatach. Urywam się jednak na brzeg zbocza by podziwiać późny zachód słońca. I tu tak samo jak w Padiszu. Dzięwięścił bezłodygowy rośnie tu dosłownie wszędzie. Z zamiarem rozłożenia się na suchej trawie siadłam na ziemi. Aućććć…. !!! Kolce tej wrednej, wszędobylskiej w okolicy roślinki poczułam nawet przez spodnie. Uwierzycie, że ciężko było o kawałek „bezkolcowego podłoża”?  jednak udało się usadowić i podziwiam zachód. W tle majaczące we mgle pasma górskie. Cała paleta barw w przeciągu zaledwie kilkudziesięciu minut. Przez pomarańcz do różu i ciemnych fioletów. A gdzieś z boku całej panoramy gasną ostatnie światła miejscowości Jina… cisza…


Gdy niebo nabrało odcień atramentu, ukazuje się Droga Mleczna! Pewnie połowa z Was mi nie wierzy. Za to Ci którzy mieli okazję podziwiać to fenomenalne zjawisko wiedzą o czym piszę. Niezliczona ilość gwiazd. W Polsce coraz rzadziej spotykam się z miejscami gdzie tak dobrze widać gwiazdozbiory. Ogarnia mnie jakaś niespodziewana fala radości. Taka prosta rzecz jak gapienie się w niebo a czuję się tak jakbym co najmniej wygrała przed chwilą w totka. Czas wracać do ekipy i zjeść z nimi kolację. W końcu nie chcę jeść spalonej kiełbasy.
Żal iść spać w namiocie pod takim niebem. Ale co tam. I tak śpimy w tysiąc-gwiazdkowym hotelo – namiocie!

Dzień czwarty.
ŚWIĘTE ŹRÓDEŁKA


Nie mam zielonego pojęcia dlaczego prawie każde górskie źródełko znajdujące przy drodze jest uważane za święte. Od razu kapliczki, krzyże a nawet osobliwe „ołtarze” z których tryska woda. I wręcz kolejki Rumunów z plastikowymi butelkami. My jakoś nie wierzymy w jej cudowne właściwości, jednak jedno jest pewne: nadaje się do gotowania posiłków. W końcu tryska ze skały. Woda na zupę się skończyła, robimy więc nowe zapasy. Siłuję się z dwudziestolitrowym baniakiem. Trochę czasu zajmuje napełnienie go z małego kraniku. A raczej rurki wsadzonej w skałę i wkomponowanej w „źródlany ołtarz”. Dobrze, że się zmieniamy z trzymaniem baniaka.


TRANSALPINA


Ruszamy na drogę zwaną Transalpiną. Ciągłe remonty i asfalt. Jesteśmy lekko zniesmaczeni. Nie lubimy asfaltowych dróg. Tak na marginesie: Rumuni są genialnymi inżynierami. Podziwiam to w jaki sposób wdzierają się z asfaltem w górskie pasma (z jednej strony szkoda a z drugiej to konieczność w dzisiejszych czasach). A same drogi są majstersztykiem samym w sobie. Co do samej drogi – widoki owszem ładne. Góry porośnięte w całości iglastymi lasami. I niezliczona ilość jezior. Sporo z nich (jak nie większość) to jeziora zaporowe. I tu też szacunek dla Rumunii w jaki sposób okiełznali rzeki.
Przy drodze zatrzymujemy się by skosztować i kupić miody. Może owinięte w ręczniki słoiki nie stłuką się na większych wertepach… Ryzykujemy taką możliwością. Przecież takie domowej produkcji miody są zupełnie inne w smaku. A te lokalne są nawet miętowe. Próbowaliście swoją drogą kiedykolwiek jak smakuje miód miętowy? W Polsce udało mi się Oprócz miodów polecam naturalne soki. Bardzo słodkie. Mimo to są zapewne źródłem witaminy C – czyli jak znalazł na jesienne wieczory do herbatki.

Zjeżdżając z głównych dróg i Transalpiny zawierzamy wytyczenie drogi GPSowi. Prowadzi jak chce i gdzie chce. Jednak nie mamy planu gdzie chcemy dojechać więc oddajemy się przygodzie.  Prowadzi nas przez urocze, górskie wioski i pagórkowate tereny. Wybieramy takie trasy, które z pojęciem „droga” mają jak najmniej wspólnego. Oddajemy się szaleństwu 4×4. Tak podskakuje w samochodzie, że aby nie uszkodzić sprzętu fotograficznego przypinam go do siebie pasem albo obkładam poduszką, którą mam zawsze w podróży pod ręką gdyby mnie nawiedziła senność.  Chyba tego dnia przejechaliśmy jeden z najbardziej malowniczych fragmentów po prawdziwych wertepach.  Karłowate, stare drzewa na pagórkach, snopy siana na polach i wychodzące na ulicę stada krów. Takie widoki wyłaniały się z tumanów kurzu jakie podnosiliśmy od naszej jazdy. Słowami nie oddam sielskiego klimatu a zdjęć nie było możliwości wykonać. Jak już wspomniałam robiłam wszystko aby nie uszkodzić aparatu…


MILI MIESZKAŃCY POŁUDNIA
Co mam na myśli mili i dlaczego nazywam ich „mieszkańcami południa”. Bo nie chodzi tu o mieszkańców konkretnego regionu a zwyczajnie większej połowy Rumunii. Odkryłam zależność im dalej na północ kraju zmierzaliśmy tym mieszkańcy okazywali się mniej gościnni i coraz mnie mili dla nas. Na południu jednak mimo, iż kurzyliśmy im koło domów i na drogach co nie miara, wszystkie osoby bez wyjątku które mijaliśmy pozdrawiały nas. Z uśmiechem machali nam a dzieci wykrzykiwały pozdrowienia, które z czasem mimo nieznanego nam języka brzmiały znajomo. Zupełnie jakby po polsku. Język życzliwości nie zna widocznie bariery językowej. Podejrzewam, że gdyby zechcieliśmy zostać na nocleg w jednej z mijanych wiosek przywitali by nas gorąco i w dodatku ugościli jak tylko mogliby najlepiej. Pomimo, że większość wiosek była skrajnie biedna. Straszna biedna. Jednak ubóstwo to pojęcie względne. Bo przecież oni wydawali się na szczęśliwych z tego co mają. Może nie mają murowanych domów, ciężko pracują utrzymując się z rolnictwa ale cenią niż dobro majątkowe inne wartości. Może to my jesteśmy ubodzy?  Zapominamy o radości z prostych, codziennych rzeczy. Cóż z tego, że jesteśmy obwieszeni aparatami, gadżetami, mamy samochody i telefony komórkowe i lodówki pełne jedzenia na jakie tylko mamy ochotę. Mam wrażenie patrząc na tamtych mieszkańców, że żyjemy w dwóch skrajnych światach. Tak różnych. I wzajemnie jeden drugiemu ma czego zazdrościć.

Pasterze noszą charakterystyczne, skórzane pasy z tłoczonymi wzorami:

ŚPIMY NA PROGU  ZAMKU  DRAKULI
W tej dolinie rozbiliśmy obóz:


Przejechaliśmy przez rzekę żeby odciąć się od dostępu innych ludzi. Zawsze to bezpieczniej. A ściany wąwozu zbyt wysokie żeby ktoś po nich zszedł na tą akurat stronę rzeki dzielącej go na pół. A na skałach mieści się ta „prawdziwa siedziba” Drakuli. Zamek Poenari. Wieczorem nie mieliśmy o tym zielonego pojęcia.
Po zmroku. Siedzimy przy ognisku. „Właściwie to co to za jakieś mury są podświetlone tam u góry?” Wszyscy podnosimy głowy i gapimy się w niebo. Na tle gwiazd rzeczywiście coś się odróżnia. Chyba ruiny. Nie ważne trzeba coś ugotować. Wulkan już kipi. Czas na herbatę.
Rano wertuje przewodnik. Spaliśmy pod zamkiem Drakuli! To on był podświetlony. Ale czad! Co prawda żaden wampir nas w nocy nie nawiedził. Zwierzęta tez nie buszowały w śmieciach. Co najwyżej nietoperze latały jak oszalałe. Normalka w tych rejonach.

Niedługo kolejna część.

 

{{{"type":"anchor", "ring":"0", "page":"0"}}}
Internet ma ponad tysiące miejsc sprzedaży narkotyków, a jeśli masz szczęście wystarczy, dostaniesz miejsce jak ten do Generyczną Levitra, Cialis i Viagra. Jeśli chcesz kupić te leki - przeczytaj te artykuły... Levitra info | Pomaga erekcji | Poważne Viagra | Tadalafil informacje